Komentarze:
Świt
Tramwaj
Google

Reklama

Sekcja Informacyjna:

Rzeczpospolita Gazeta.pl GazetaPolska niezależna.pl Polityka Onet.pl Wprost Najwyższy Czas Wirtualna Polska.pl Newsweek Nasz Dziennik Salon24 Fronda Interia.pl Angora UważamRze Dziennik.pl Polska Times GazetaPolskaCodziennie.pl NaTemat
Sandra
Zielone mity

Świat polityki widziany przez brudne okno tramwaju.
czwartek, 26 stycznia 2012

...i jak w tym starym przysłowiu przykazano, polskie środowiska - nazwijmy je prawicowe - (choć z prawicą mają tyle wspólnego co sam marszałek Piłsudski tak chętnie przez nich stawiany na piedestale) - kurczowo trzymają się idei budapesztańskiego cudu. Z niepokojem nasłuchują wieści z ekonomicznych rynków spuszczających węgierskie obligacje w finansowy niebyt. Z gęsią skórką dowiadują się o agresywnych atakach europosłów największych europejskich narodów i ich przemówień, którymi jak batem tną polityczny wizerunek Victora Orbana.

 

Powiem szczerze - liczę na to, że Węgry zwalczą kryzys, który dopadł ich spieprzoną przez socjalistów gospodarkę tak pięknie rozwijająca się w czasach odzyskania niepodległości spod radzieckiego jarzma. Liczę na to pełen sympatii do tego narodu. Nie obawiam się o węgierską niepodległość pod rządami atakowanego z każdej strony Orbana. Popełnia sporo błędów próbując spełnić powracające marzenia Węgrów o wielkim kraju trzymającym w garści znaczną część europy. Zagospodarował, walcząc o zdecydowaną większość, sporo nacjonalistycznego elektoratu i prawicowo-skrajnych środowisk.  Tak jak Donald Tusk musiał obrócić się trochę w lewą stronę by znacząco wybory wygrać tak przywódca Węgier postawił na prawą nogę.  Jednak Orbana przeszłość wskazuje, że nie jest typem samobójcy i politycznego loosera. Mogę więc przypuszczać, że tak jak narodowców Victor potrzebował do przejęcia pełni władzy tak spuści ich w węgierski klozet równie szybko i bez zbędnych emocji. Od prostackich skrajności na Węgrzech są inne partie, a nie Fidesz.

 

Kibicuję Węgrom. Zdaję sobie sprawę, że polscy narodowcy marzą wręcz o sukcesie orbanowskich Węgier aby ten sukces stał się lontem do podobnej rewolucji w Polsce. Nie rozumieją jednak oni jednego. Węgrzy mieli Orbana a Polacy nie mają na prawicy nikogo kto mógłby ten sukces spolszczyć. Jeżeli jakikolwiek polityk w Polsce mógłby podać rękę Victorowi, to na pewno nie jest to odwieczny przegrany, a nadzieja polskich "białych" Jarosław Kaczyński. Znienawidzony przez drugi obieg Donald Tusk jest partnerem do rozmów dla Victora Orbana. Symboliczne z resztą kontakty obu panów na to wyraźnie wskazują. To Victro Orban złożył znamienne gratulacje Donaldowi Tuskowi za wygrane w Polsce wybory, a partię Fidesz przyrównał do Obywatelskiej Platformy. Jarosław Kaczyński mógł jedynie patrzeć  z boku na ten było nie było polityczny policzek.  To Donald Tusk jako jedyny chyba przywódca wstawił się na forum europejskim za polityką Orbana jeszcze jako premier kraju kończącego europejską prezydencję co na Węgrzech zostało odpowiednio odebrane. Jarosław i jego wyznawcy dali radę jedynie wysłać ostatnio niejakiego Pospieszalskiego by polansował się wśród węgierskich współbraci zbierając na scenariusz kolejnego dzieła z drugiego obiegu.

 

Wydawałoby się, że jedynie porażka Węgier w dotychczasowej polityce może pogrążyć  ostatecznie polskie idee narodowe próbujące wbić Polskę w staropolski tradycyjny ciemnogród.. Nic bardziej mylnego. Tak jak sukces Węgrów i polityki Orbana prędzej wykorzysta Donald Tusk i ten rząd tak porażka Węgrów - Jarosława Kaczyńskiego  pomysłów na Polskę nie utopi. Świat polityki składa się z paradoksów - a świat polskiej polityki na paradoksach jest zbudowany więc nie zdziwi mnie już chyba nic. Kaczyński chciałby w Polsce Budapeszt w rozumieniu antykomunistycznej rewolucji z opóźnionym 20 letnim zapłonem, a Donald Tusk buduje ten symboliczny Budapeszt swoją polityką i podejmowaniem wielu zmierzającym do tego decyzji. Dlatego też orbanowskim Węgrom bliżej do tuskowej Polski jak do posmoleńskiej autonomii Jarosława Kaczyńskiego.



środa, 25 stycznia 2012

"Przejście dla pieszych. Brak świateł. Jedynie błyskające wysoko ostrzeżenie że w tym miejscu znajdują się "pasy".
Ruch jak w Rzymie.Stoimy chwilkę. Cała nasza trójka. Nagle zatrzymuje się przed pasami ciężarówka i Kierowca daje grzeczny znak abyśmy przeszli. Szybki ruch głowy w podziękowaniu i ruszamy .... Przeraźliwy dźwięk klaksonu ciężarówki.


Patrzę na szoferkę. Kierowca wykonuje rozpaczliwe ruchy dając mi ostrzeżenie. Instynktownie wstrzymuje żonę i córkę.
Pół sekundy później niebieski "cińkuś" jak błyskawica śmiga mi 2 cm od kolan. Patrzymy na siebie , patrzę na Kierowcę Ciężarówki. Mimo szyby widzę że jest blady jak śmierć."

...

"Kierowcy w Polsce to okazy "kultury i dobrego wychowania". Przepisy mają głęboko w analu. Jak już się taki trafi jak ten Kierowca Ciężarówki to go jeszcze obtrąbią, bo jakże się można na pasach zatrzymać skoro "...ja tak lubię zapierd**** i żadne pasy mnie zobowiązują do niczego. " Jak to jest że na Wyspach jeżeli ktokolwiek się do przejścia dla pieszych zbliży to samochody stają z miejsca i bezproblemowo ? Jak to jest że w Polsce znak przejścia dla pieszych oznacza dla półgłówków za kierownicą "...dodaj gazu bo jeszcze jakaś łajza Ci na pasy wlezie i się będziesz musiał zatrzymać."

...przypominając sobie ten mój stary tekst trafiam na raport:

"Nowa mapa EuroRAP (lata 2008-2010) pokazuje, że aż 42% polskich dróg to tzw. "czarne odcinki", na których ryzyko wypadku jest bardzo duże. To o 19% lepszy wynik od okresu 2005-2007, ale w dalszym ciągu nasze drogi pozostają jednymi z najniebezpieczniejszych w Europie" - za moto.pl

Wychodzi na to, że się polepsza na polskich drogach. Pytanie czy zasługa należy do coraz lepszej jakości dróg czy też kierowcy nagle się zmienili. Raczej obstawiam to pierwsze. Tydzień temu debil na skrzyżowaniu podczas mojego zjeżdżania na dodatkowy lewy pas pomocniczy przed skrzyżowaniem dał radę mnie wyprzedzić z lewej strony. Podwójna ciągła, przejście dla pieszych ,  znak poziomy P-21, skrzyżowanie. Dla tego kierowcy to nie miało znaczenia. On jest PRO i w analu ma przepisy ruchu drogowego, które ograniczają jego wolność.

Zaczynam się zastanawiać czy polski rząd podnosząc planowane wpływy z mandatów nie ma racji. Skoro dajemy się kroić na każdym kroku bez naszej winy czemu mamy się nie pozbawiać złotówek, odprowadzanych przez kretynów. Polskie drogi pełne są PRO kierowców, niech więc płacą na  resztę społeczeństwa. Z drugiej jednak strony wolałbym aby poprawa jakości polskich dróg ruszyła z większą parą bo to głównie to powoduje, że z roku na rok na drogach robi się bezpieczniej.

BTW - przy wyżej wymienionym przejściu postawiono fotoradar, a i tak zdarza się widzieć sceny podobne tej, którą na szczęście przeżyłem. Choć chyba trochę rzadziej...



wtorek, 24 stycznia 2012

Z cyklu opowieści o głupocie dziś będzie o opodatkowaniu zjawisk natury. Miasta i ich włodarze wymyślili sobie podatek od deszczówki. Objęte  nim będą wszystkie osoby lub instytucje posiadające tereny utwardzone, po których spływa deszczówka do burzowych kanałów. Tak więc parkingi , osiedla , domy jednorodzinne , markety i cała infrastruktura miejska będzie słono bulić za boskie łzy.

Tak sobie myślałem, że opodatkowanie krzyży przy drogach jest idiotyzmem na miarę XXI wieku. Jednak info na gazeta.pl rozwaliło moje słabe serce :) Tak moi drodzy to już tylko krok do opodatkowania samego Boga. Myślę, że wszystkie dzieła Nadistoty winny zostać w odpowiedni sposób opodatkowane. Ktoś już kiedyś opodatkował górskie powietrze i śnieg na stokach. Przyszedł czas na deszczówkę. W kolejnych latach sam Bóg będzie musiał się z Urzędem Skarbowym  rozliczyć w postaci boskiego PITa.  Ciekawe czy za Chrystusa mu się będzie należeć ulga prorodzinna ?

Cały świat martwi się korporacyjnym atakiem SOPY , PIPY czy innej ACTY. Cała Polska kibicuje okularnikom z hakerskich grupek łamiących kody rządowych urzędników. Gwar na całego, a  cichaczem obok całego zamieszania kilku debili wprowadza sobie podatek od deszczu.

...ech...

BTW szkoda, że za urzędniczą głupotę nie da się ściągać odpowiedniej taksy. Piękniały by nam miasta ... piękniały...


poniedziałek, 23 stycznia 2012

Portal niezależna.pl przypomniał nam, że właśnie mija kolejna rocznica wypadku "Kaśki" w Mirosławcu. Pamiętam jak dziś dyskusję na zaprzyjaźnionym forum lotniczym tuż po pierwszych informacjach na temat tego wypadku. Pamiętam również nasze dysputy całonocne po zakończonym śledztwie i badaniach Komisji Wypadków Lotniczych.

Raport według nas nie zawierał tego wszystkiego co powinno się w nim znaleźć by stał się krwawą nauczką dla kolejnych pilotów, dowódców i polityków mieszających brudne łapska w wojskowe lotnictwo. Krótko mówiąc miotła wzajemnej adoracji zamiotła katastrofę bezczelnie pod dywan, a cała wina spadła na pilotów. W zasadzie każdy wypadek lotniczy,  w którym nie udowodni się niesprawności urządzeń lub sabotażu osób trzecich nie jako z automatu spada winą na dowódcę statku powietrznego. Jednak takie traktowanie sprawy powoduje, że każdy jeden polski wypadek lotniczy nie stał się nauczką dla tych co swoimi decyzjami lub ich brakiem spowodowali śmierć tak wielu pilotów i wojskowych.

Przyczynami katastrofy w Mirosławcu były według Komisji:

 

CZYNNIKI MAJĄCE WPŁYW NA PRZYCZYNĘ KATASTROFY

  • niewłaściwy dobór załogi do wykonania zadania: niewłaściwa współpraca załogi w kabinie;
  • występowanie w rejonie lotniska MIROSŁAWIEC niekorzystnych warunków atmosferycznych;
  • wystąpienie dezorientacji przestrzennej załogi w wyniku niewłaściwego podziału uwagi w czasie lotu bez widoczności ziemi;
  • wyłączenie sygnalizacji dźwiękowej urządzenia EGPWS pozbawiające załogę informacji o niebezpiecznym zbliżaniu się do ziemi, nadmiernym przechyleniu samolotu oraz o przejściu przez poszczególne progi wysokości podczas zniżania (podczas obu podejść do lądowania);
  • brak obserwacji wskazań radiowysokościomierza, zarówno podczas pierwszego, jak i drugiego podejścia do lądowania;
  • brak obserwacji przyrządów pilotażowo-nawigacyjnych w końcowym etapie drugiego podejścia do lądowania;
  • nieumiejętne sprowadzanie samolotu do lądowania przez krl PAR;
  • niewłaściwe komendy radiowe krl PAR, sugerujące w ostatniej fazie lotu przeniesienie uwagi załogi na zewnątrz kabiny samolotu;
  • błędna interpretacja wskazań wysokościomierzy przez załogę;
  • próba nawiązania kontaktu wzrokowego załogi z obiektami naziemnymi podczas lotu bez widoczności ziemi niezgodnie z obowiązującymi procedurami;
  • niewłaściwa analiza warunków atmosferycznych przez załogę przed lotem; nieustawienie wysokości decyzji (minimalnej wysokości zniżania).

OKOLICZNOŚCI SPRZYJAJĄCE

  • brak wyszkolenia drugiego pilota na samolocie CASA C-295M w warunkach noc IMC;
  • brak doświadczenia dowódcy załogi w wykonywaniu lotów na tej wersji samolotu;
  • wykorzystywanie dodatkowych, podręcznych pomocy nawigacyjnych przez załogę ze względu na niepełne wyposażenie samolotu;
  • brak doświadczenia dowódcy załogi w wykorzystywaniu RSL przy MWA;
  • brak doświadczenia krl PAR lotniska MIROSŁAWIEC w sprowadzaniu samolotów innych niż Su-22;
  • nieumiejętne doprowadzenie samolotu do strefy MATZ przez krl APP;
  • brak właściwych procedur podejścia do lądowania w obowiązujących dokumentach normatywnych;
  • posługiwanie się różnymi jednostkami miar przez załogę i kontrolerów;
  • nawigacyjny system lądowania ILS, w jaki wyposażony był samolot, nie mógł być użyty ze względu na niesprawność systemu na lotnisku MIROSŁAWIEC;
  • błędne określenie i przekazywanie zainteresowanym osobom funkcyjnym informacji o warunkach minimalnych do lądowania na lotnisku MIROSŁAWIEC samolotu CASA C-295M.

materiał za altair.com

 

Wszystko powyższe jest prawdą i raczej nikomu nie udałoby się tych powodów zanegować. Wystarczy tylko się dobrze przyjrzeć by zobaczyć, że prawidłowo wyciągnięte wnioski z tej tragedii mogły powstrzymać inną. Tą, której niezależna.pl nie uznała jako "...największa katastrofa w historii polskiego lotnictwa wojskowego."

BTW ciekawe dla mnie jest to, że katastrofa prezydenckiego samolotu w lasku smoleńskim nie znalazła się w niezależnym rankingu portalu. Czy jest traktowana jako coś innego ?

Gdy czytam kolejny artykuł niezależnej.pl domyślam się czemu tak się stało po zapoznaniu się z komentarzami internautów:

"Naród Polski domaga się prawdy o zamachu pod Smoleńskiem, w którymi zginął jak do tej pory jedyny prawdziwy polski Prezydent Rzeczypospolitej po 1989 roku- Lech Kaczyński. Nie wierzymy w żadne słowo zaprzańskiego rządu POlszewickich targowiczan i sprzyjających jemu POlskojęzycznych prorządowych POlskojęzycznych mediów w sprawie smoleńskiej "katastrofy". Polacy już tyle kłamstw w tej sprawie usłyszeli z ust PO-wskich zaprzańców jak i antyPOlskich mediów, że nie warto już przejmować się tym co za brednie wygadują ci POlnofobowie. Każdy normalny, mądry, inteligentny, wykształcony Polak po obejrzeniu już słynnego filmiku nakręconego chwilę po roztrzaskaniu się samolotu TU 154 wie, iż przyczyną tej tragedii musiał być zamach na elitę Rzeczypospolitej!" - za niezależna.pl


Wszystkim tym, którzy przy okazji głośnego cybernetycznego ataku grupy Polish Underground na strony sejmu i rządu próbują sobie wyścielać pierzynką łóżeczko własnej hipokryzji przypominam kilka faktów:

"Grupa hakerów nazywana Lulz Security poinformowała w środę wieczorem, że zablokowała strony internetowe Centralnej Agencji Wywiadowczej. Ta sama grupa odpowiada za niedawne cybernetyczne ataki na Senat USA, firmy Sony i News Corp oraz telewizję publiczną PBS"  - za gazetaprawna.pl

"Grecka policja poinformowała w środę o zatrzymaniu w Atenach 18-latka, podejrzanego o włamania do portali internetowych rządu USA i Interpolu, a także o oszustwa z użyciem kart kredytowych." - za wp.pl

"Hakerom udało się włamać do najkosztowniejszego i najbardziej zaawansowanego programu zbrojeniowego realizowanego przez Pentagon, czyli projektu myśliwców F-35 - poinformował "Wall Street Journal". "WSJ" powołuje się na przedstawicieli w Waszyngtonie - według nich intruzi zdołali przekopiować i wyprowadzić dane m.in. na temat systemów elektronicznych, co może sprawić, że łatwiej będzie się obronić przed potencjalnym atakiem z wykorzystaniem myśliwca. " - gazeta.pl

"Hakerzy z ruchu Anonymous opublikowali setki tysięcy adresów mailowych, które - jak twierdzą - należą do klientów prywatnej ośrodka analitycznego Stratfor. (...) Prywatny ośrodek analityczny Stratfor z Austin w stanie Teksas, zwany "cieniem CIA", dostarcza politycznych, gospodarczych i wojskowych analiz, które mają pomóc klientom wywiadowni w podejmowaniu decyzji o charakterze inwestycyjnym, biznesowym i politycznym. Raporty i analizy Stratforu przekazywane są przez internet i pocztą elektroniczną." - za niezależna.pl

"- Hakerzy zdołali pokonać wszelkie zabezpieczenia i byli w stanie przejąć kontrolę nad satelitą NASA - twierdzi komisja przygotowująca raporty dla Kongresu USA. Atak na dwa amerykańskie urządzenia NASA miał zostać przeprowadzony w 2007 i 2008 roku. Amerykanie o wrogie działania oskarżyli Chiny. Pekin zdecydowanie odrzucił zarzuty. - Tego nie warto komentować - stwierdził rzecznik chińskiego MSZ." - za tvn24.pl

Jedyna do czego bym się przyczepił to dość idiotycznego tłumaczenia się polskich władz w stylu:

"Trudno mówić tutaj o ataku hakerów, bo w żaden sposób żadna z zablokowanych stron, ich zawartość nie została naruszona. Nie było próby włamania się na serwery czy zmiany treści tych stron" - za gazetaprawna.pl

ech...wiem, że można owijać w bawełnę i próbować ratować wizerunek własny i rządu ale tak ? Masakra...

Co nie zmienia faktu, że politycy próbujący ugryźć rząd i Donalda Tuska jakoby nie był wstanie zabezpieczyć ważnych danych o Polsce i Polakach jest co najmniej śmieszni. Świadczy jednocześnie o kompletnym braku jakiejkolwiek wiedzy na temat Sieci.


BTW w razie jeśli zostanie podpisana umowa ACTA wycofam powyższy wpis w obawie o roszczenia finansowe cytowanych i zlinkowanych podmiotów ... ;)



ACTA próbuje na chińska nutę podporządkować sobie coś co z natury stało się wolne. Internet i wirtualny świat w sieci od momentu gdy stał się narzędziem wolnych ludzi był wolny w pełnym tego słowa rozumieniu. Internet to nie anarchizująca struktura, która łamie prawo. To ludzie korzystający z niej często łamią prawo. Jednak walka z piractwem w postaci ograniczania swobód, które z Sieci tworzyły pewnego rodzaju arkadię musi budzić sprzeciw.

...i powinna ale...

Od decydowania kto łamie prawo, a kto nie - jest sąd. Jeśli ktoś uzna, że jego treści zostały skradzione maszeruje do sądu i walczy o swoje prawa. Tworzenie z Internetu supermarketu z kamerą i tajniakiem między półkami jest idiotyzmem i tworzy realne zagrożenie manipulacji prawem. Może i nic bym nie miał do podobnych porozumień gdyby były wynikiem szeroko pojętych konsultacji społecznych. Tajność, a przede wszystkim wielki zapał największych korporacji do inwigilowania społeczeństwa budzi mój niepokój co do zasadności podpisywania przez polski rząd tych porozumień. 

Jednak atak z pomocą wirtualnych terrorystów jest dla mnie oznaką, że należy się temu uczciwie przyjrzeć. Skoro nie chcę by Sieć opanowały korporacje, rządy i internetowe służby specjalne to także nie chcę by ów Sieć była opanowana przez złodziei i internetowych terrorystów. Jedyne co w owym ataku na strony rządu podobało mi się osobiście  to udział w nim (pewnie nie całkiem świadomie) słynnej Baśki Kwarc. 


Nie wiem czemu ale Baśka wymiata :D

 

sobota, 21 stycznia 2012

Kolejny cyrk w sejmie mający niewiele wspólnego z tym czego bym od posłów jako ich pracodawca oczekiwał. Janusz Palikot początkowo dumnie i szumnie zapowiadał wypalenie maryśkowej fajki  w feralnym pokoju by koniec końców odpalić dwa kadzidła o zapachu ganji. W ramach walki z klątwą posłowie RP przeprowadzili ...jak to nazwać ... happening, który do palpitacji serca doprowadził marszałek Kopacz. Wyżej wymieniona udała się do prokuratury by złożyć doniesienie.

Tak się zastanawiam co miało to wszystko znaczyć oprócz ewidentnego robienia sobie jaj z mandatu, który owi panowie otrzymali od sporej części społeczeństwa. Obywateli, którym wydawało się, że Janusz Palikot gwarantuje nową jakość w Polskim parlamencie. Mogą sobie zwolennicy Janusza wychodzić z siebie próbując udowadniać, że ta i podobne akcje mają na celu skruszenie skorupy, którą wytworzyli wokół siebie posłowie. Interpretowanie zachowań Ruchu Palikota jako nowa jakość, otwarcie, wyzwolenie może być co najwyżej dowodem na zdziecinnienie ich umysłów. Z byle jakiego cyrku uczynić polityki na miarę XXI wieku się nie da.

Czym różnił się od Janusza Palikota na happeningach Andrzej Lepper na wagonach ? Medialnie niczym. Jeden i drugi z pomocą nośnego przekazu próbowali przekonać ludzi do swoich racji. Lepper obalał Wersal, a Palikot obala własną wiarygodność jako polityka. Panie Januszu cyrków ci u nas pod dostatkiem. Nie twórz kolejnych mimo, że ekipa cyrkowa przednia i doświadczenia sporo ma.   Ten rynek jest już jednak zapełniony klaunami, akrobatami myśli, połykaczami ognia i  ekonomicznymi iluzjonistami.  Kolejna wersja cyrkowego szaleństwa w polityce jest nam zbędna, a Latający Cyrk Monty Palikota sprzeda się w kolejnych wyborach co najwyżej na rynku lokalnym i to jedynie z dużym upustem.

BTW - w ramach wspierania legalizacji prostytucji proponuję Januszowi Palikotowi wykonanie na sali sejmowej klasycznego lodzika z udziałem przedstawicielki tego pięknego zawodu. Jointa się wypalić nie udało z powodu lęku przed prokuratorem ale szybki myk z połykiem już nikogo do wymiaru sprawiedliwości raczej nie zaprowadzi ... za to  uciechy będzie w mediach przez tydzień.


czwartek, 19 stycznia 2012

Donald Tusk zabrał głos w sprawie nowych odczytów czarnych skrzynek dokonanych przez IES. Niezależna.pl zabrała głos w sprawie  Donalda Tuska. W swoim stylu portal nie może się nadziwić Premierowi. Ja natomiast nie mogę się nadziwić portalowi iż brnie dzień w dzień w tą samą ślepą uliczkę. To trochę jak w przysłowiu: "mówił dziad do obrazu a obraz ani razu" ...jednak takie działania przestają być już śmieszne.

Po badaniu krakowskim mamy nadal pewność, że w kabinie znajdowały się osoby spoza bezpośredniej załogi. Pojawiły się nowe słowa, które raczej potwierdzają tezę, że w kabinie znajdowały się osoby, które w normalnej procedurze nie powinny się tam znaleźć - zaznaczył premier, choć w stenogramach nie znajdziemy nawet śladu potwierdzającego dziwacznych przemyśleń Tuska. - za niezależna.pl

Patrzę sobie jeszcze raz w stenogramy , które analizowałem wczoraj  ... patrzę sobie na zielone zasłony by wzrok uspokoić i patrzę znów na stenogramy i...zastanawiam się jak ktoś może napisać "...choć w stenogramach nie znajdziemy nawet śladu potwierdzającego dziwacznych przemyśleń Tuska." No chyba że liczą na to, że ich czytelnicy w stenogramy nie zaglądają. Jak czytam komentarze lub wpisy niezależnych blogerów drugiego obiegu to mam prawie pewność, że właściciele portalu dobrze wiedzą z czym się muszą liczyć a z czym nie :)

Całość najbardziej znaczących rozmów odczytanych i zaprezentowanych w stenogramach IES i moją ich interpretację znajdziecie w poprzednim wpisie:



IES vs MAK - katastrofa Tu-154 w Smoleńsku



Od 08:30:31 do 08:37:51 w kabinie znajdowały  się co najmniej 3 osoby spoza załogi. Nowe słowa, o których prawdopodobnie mówi Premier to:

"witamy" , "siadajcie" , "siadaj" , "spokojnie", których w stenogramach MAK nie było, a słowa te wyraźnie wskazują na obecność osób trzecich. W ciągu kilku minut załoga 3 krotnie tłumaczy sytuację w jakiej się znajdują. Pogoda , ilość paliwa , możliwość lądowania lub krążenia nad lotniskiem. Sobie tego chyba nie tłumaczą ... prawda ?

Niezależna brnie dalej:

W rzeczywistości stwierdzenie przez ekspertów z Krakowa, że na nagraniach rozmów z kokpitu Tu-154 nie zarejestrowano głosu gen. Andrzeja Błasika, nie tylko obala ostatecznie teorię o naciskach na załogę. Przekreśla także dotychczasowe spekulacje na temat winy pilotów, zawarte w raportach MAK i komisji Millera.

Autorzy artykułu nie są wstanie zrozumieć co kryje się pod pojęciem nacisk bądź presja. Nawet raport komisji Millera wykluczył bezpośredni nacisk kogokolwiek z osób będących w kabinie.  Komisji MAK  powiązanie głosu nawigatora z głosem generała Błasika dostarczyli polscy eksperci więc pretensje należy kierować do nich. MAK na tej podstawie miał gotową interpretację tego co się mogło w kokpicie dziać. MAK się mylił sugerując iż dowódca sił lotniczych wywołał bezpośrednio presję na pilotach jednak  nie zmienia to faktu napiętej atmosfery w kokpicie. Presja psychologiczna aż wylewa się ze stenogramów. Wystarczy je jedynie rzetelnie przeczytać bez zbędnej politycznej napinki. Już pierwsze informacje o mgle , warunkach powodowych dawały im do myślenia. Stewardesa co kilka minut  pytała się czy będą lądować czy też nie. Sugeruje to, że  pasażerowie zaniepokojeni czasem jaki pozostał do uroczystości dopytywali się o sytuację. Piloci w kabinie rozmawiają i zastanawiają się nad tym co będzie jak nie wylądują. Czy Oni (pasażerowie) zdąża na uroczystości czy też nie zdążą.

Trzeba naprawdę mieć w sobie dużo złej woli by w rozmowach pilotów nie czuć niepokoju , presji i niepewności co do własnej sytuacji i tego co ma się w najbliższym czasie wydarzyć - lądowania. Portret psychologiczny tego co działo się w kabinie świetnie by to ukazał. Ten poznamy zapewne dopiero po zakończeniu śledztwa chyba, że zostanie utajniony. Jednak odczyt tego co mamy dzięki IES nie pozostawia wątpliwości. W kokpicie sytuacja była co najmniej napięta, a osoby odpowiedzialne za samolot, tak naprawdę nie wiedziały na czym stoją. Na kilkanaście minut przed lądowaniem wiedzieli jedynie to:   8:30:31,9 - "Na razie nie ma decyzji prezydenta, co dalej robi()" ...i tylko tyle.


...stwierdzenie "nie tylko obala ostatecznie teorię o naciskach na załogę. Przekreśla także dotychczasowe spekulacje na temat winy pilotów, zawarte w raportach MAK i komisji Millera." pozostawiam bez komentarza ...bo co tu można komentować. W ten sposób można negować wszystko i wszystkich tylko w czym to pomoże w zrozumieniu zawiłości śledztwa ? Głupie pisanie w niepoważnym stylu i tyle...

Na koniec:

...załoga do końca tragicznego lotu odczytywała wysokość z prawidłowego, barycznego (a nie radiowego) wysokościomierza. Jest to także dowód na to, że piloci podjęli decyzję o odejściu na drugi krąg, czyli przerwaniu podejścia do lądowania, na przepisowej wysokości.

8:40 - krytyczna chwila. W takim momencie załoga ma problemy z ustaleniem prawidłowej wysokości. Pamiętajmy, że samolot to nie samochód a podejście do lądowania to prędkości w okolicach 150-200 km/h. Padają słowa "Trzysta" , "Jakie trzysta" , "250" , "weź sobie policz" W ciągu kolejnej minuty docierają na wysokość decyzji 100 metrów. Powyższe słowa pokazują, że osoby w samolocie pędzącym około 200km/h na kilka sekund przed dotarciem do wysokości decyzji nie wiedzą na jakiej są wysokości. Powiem szczerze jako wirtualny pilot - jeśli na wysokości 200-300 metrów przy prędkościach rzędu 200km/h  masz problem z ustaleniem wysokości i to w przedziale 50 metrów lepiej dla Ciebie szarpnąć za linkę katapulty. To są krytyczne momenty najtrudniejszego manewru lotniczego. Manewru wykonywanego w tamten dzień w absolutnej mgle z widocznością fizyczną prawie żadną nad źle wyposażonym lotniskiem. Zgodzę się jedynie  z tezą, że załoga koniec końców ustaliła prawidłową wysokość i do samego tragicznego końca odliczała ją prawidłowo.

Stenogramy IES ujawniły, że piloci podjęli prawidłowo decyzję o odejściu na prawidłowej wysokości. To jest jedyny nowy i ważny fakt ujawniony po 2 latach od katastrofy. Pytanie zostaje jedynie - dlaczego swojej decyzji nie wykonali.

Wracając jednak do zarzutów niezależnej.pl do Premiera - chciałbym zobaczyć na ich portalu ich własną interpretacje całości stenogramów. Niech pokażą nam i swoim czytelnikom jak rozumieją wszystkie słowa dostępne  w stenogramach, które według nich obalają dotychczasowe ustalenia. Jak rozumieją całą sytuację w kokpicie w ostatnich 20 minutach lotu Tu-154 ...może wtedy zrozumiemy dlaczego według nich Premier ma jakieś dziwaczne przemyślenia.

 

@Edit: dzisiejsza okładka Gazety Wyborczej może szokować:

 

 


środa, 18 stycznia 2012

Odczyt stenogramów dokonany przez IES różni się od odczytu dostępnego w raporcie MAK. Jednak zastanawia mnie jedno dlaczego MAK, który zapewne chciał w łatwy sposób ustawić winę za katastrofę w osobie generała Błasika i Pierwszego Pasażera, nie postarał się tak jak IES w odczytywaniu stenogramów. To co odczytał Instytut z Krakowa dało by MAKowi o wiele więcej argumentów. To trochę dziwne a nie przypuszczam by w tak ważnej sprawie specjaliści nad,  którymi wisiał żelazny młot Putina mogli tak dać ciała. Jeśliby MAKowi zależało na udowodnieniu presji kogoś z poza załogi momenty ustalone przez nasz IES, a nie zauważone przez MAK świetnie by się do tego nadawały.

 

 

8:17:47 - do 8:17:51 trwają rozmowy ze stewardesą na temat możliwości lądowania oraz z nie zidentyfikowaną osobą informującą o tym że "Prezydent chciałby zadzwonić"

 

8:21:01,3 - stewardesa dopytuje "Dowódco , będziesz schodził" 

Następnie mamy rozmowę z załogą Jaka, któremu udało się wylądować. Wieści są mało pocieszające. Grube chmury wiszą nisko utrudniając ocenę sytuacji nad lotniskiem. Do tego mgła ograniczająca widoczność do minimum. Po rozmowie z pilotami Jaka pojawia się "dyrektor":

 

8:26:18,9 do 8:27 - rozmowa wyjaśniająca "dyrektorowi" sytuację i  wyraźne "no to mamy problem"

 

8:27 do 8:28 Atmosfera w kokpicie najwyraźniej gęstnieje choć to tylko i wyłącznie moja ocena. "...nie drzyj się..." , "...k*** no..." , "...wysokie te chmury...", "...spytaj Artura...",  "...nie wiem czy jeszcze tam  będą..." , "...dobra. Spróbuję".

 

8:28:17,9 - sprawdzanie (prawdopodobnie stanu wysokościomierza i pierwsze z nim problemy) ,  słychać według mnie pukanie w zegar, padają słowa: "k****", "daj zobaczyć", "ile?" 

 

8:29:40,1 - informacja o rosyjskim ile , który dwa razy próbował podejść by w końcu odlecieć. To nie jest pocieszające info dla kogoś kto ma w tym samym miejscu i czasie lądować.

 

8:30:31,9 - "Na razie nie ma decyzji prezydenta, co dalej robi()" - sytuacja jasna i klarowna. Osoba zwana "dyrektorem" (prawdopodobnie dyrektor protokołu) przekazała informacje uzyskane w rozmowie z pilotami Prezydentowi. Załoga czeka na decyzję, a z racji tego, że zbliża się moment krytyczny dla każdego samolotu rozpoczynają przygotowania. Zakładają najwyraźniej, że decyzja może być tylko jedna. Dostali już zgodę na zejście do wysokości kręgu...

 

W ciągu kolejnych minut załoga przygotowuje się do procedury lądowania i rozmawia z niezidentyfikowaną osobą:

 

8:32 do 8:33:35 - trwa rozmowa z kimś komu podobnie jak wcześniej "dyrektorowi" są tłumaczone zawiłości procedury lądowania  , stan paliwa etc. Przecież sobie nawzajem tego po raz kolejny nie tłumaczą ! Pytanie komu ? … eksperci instytutu tego nie określili.

 

8:35 - stewardesa informuje kapitana Protasiuka : "Dowódco , pokład gotowy do lądowania" co oznaczać powinno  iż wszyscy pasażerowie zostali poproszeni o zajęcie swoich miejsc i zapięcie pasów. Od tej pory nikt się po samolocie z pasażerów przemieszczać się nie może. Obsługa również w tym momencie i po tym raporcie powinna zająć swoje miejsca i przygotować się do końcowej fazy lądowania.

 

Tymczasem 8:36:51 i 53 padają słowa "witamy" które oznaczałyby, że ktoś się w kabinie pojawił. W takim momencie NIKT już nie miał prawa się w kabinie znaleźć - raport "Pokład gotowy do lądowania" byłby w takim momencie nieprawdziwy. Ten fragment w raporcie MAK nie istnieje i to jest bardzo ciekawe bo świetnie by udowadniał ich założenia o obecności osób postronnych. Co ciekawe słowo to można wyłapać nawet z pośrednictwem YouTube co tym bardziej daje do myślenia. ...przecież to idealny materiał do manipulacji i nakierowania na odpowiednie wnioski.

 


 

8:37:51,5 padają słowa "siadajcie" , chwilę potem "siadaj" i kolejne słowo "Spokojnie".  - jak wyżej. MAK nie ma tego w stenogramach, a z punktu widzenia MAK byłby to kolejny dowód na odgórne polecenie lądowania. Od tej pory procedura lądowania ruszyła pełną parą. Czy może to być owa zapowiadana decyzja ? 

Rozpoczęto sprawdzanie karty by w 8:39 ją zakończyć i kontynuować podejście.

 

Jeśliby MAKowi zależało na udowodnieniu presji kogoś z poza załogi ten moment świetnie by się do tego nadawał. Czemu tego nie zrobili ? Czemu wykorzystali do tego dość wyraźny głos pomagający kapitanowi zrealizować kartę lądowania i właśnie ten głos przypisali generałowi Błasikowi ? Przecież powinni sobie zdawać sprawę z tego że polscy eksperci łatwo ten głos jako nie generała rozszyfrują. Tego już się pewnie nie dowiemy...bo zapewne MAK w sprawie smoleńskiej będzie już milczał.

 

8:40 - krytyczna chwila. W takim momencie załoga ma problemy z ustaleniem prawidłowej wysokości. Pamiętajmy, że samolot to nie samochód a podejście do lądowania to prędkości w okolicach 150-200 km/h. Padają słowa "Trzysta" , "Jakie trzysta" , "250" , "weź sobie policz" W ciągu kolejnej minuty docierają na wysokość decyzji 100 metrów. Podejmują decyzję o odejściu i...schodzą dalej.

 

Reasumując MAK  mógłby spokojnie w stenogramach odnaleźć rzeczy, którymi swoje tezy by mogli udowadniać lepiej niż to zrobili w rzeczywistości. Poszli po bandzie podpinając głos generał Błasika pod głos nawigatora, który z kapitanem Protasiukiem zaliczył kartę - obowiązkowy przegląd podstawowych urządzeń koniecznych przy lądowaniu.  IES co prawda wykluczył MAKową manipulację odczytem jednak nie był wstanie wykluczyć  obecności postronnej osoby w kabinie w czasie gdy padł już raport "pokład gotowy do lądowania". Według prokuratorów nie ma jednoznacznych dowodów na obecność generała w kokpicie jednak ze stenogramów IES wynika nawet lepiej niż ze stenogramów MAK , że ktoś tam oprócz załogi był w momencie gdy go już tam zgodnie  z raportem stewardesy być nie powinno. Nadal aktualne więc pozostaje pytanie ... kto i czy do samego końca  i czy miało to wpływ na dalsze czynności wykonywane przez załogę ? Stenogramy IES jedne niepewności likwidują ale tworzą kolejne. Odpowiedziały na kilka pytań jednak po ich analizie powstają kolejne. Szkoda tylko, że politycy znów już są pewni swego na 100%... 

Najważniejszą rzeczą w tej wersji stenogramów jest wychwycenie przez ekspertów IES słów "odchodzimy"  i ich potwierdzenia. Tego w raportach MAK nie było. Ciągle pozostaje jednak aktualne dlaczego za słowami nie poszły wyraźne czyny.

 


wtorek, 17 stycznia 2012

Konferencja prokuratorów wojskowych wywoływała sporo emocji przez cały weekend. Spowodowane to było "sensacjami" jakie dzięki przeciekowi ujawniał "Rzeczpospolita". Środowisko drugiego obiegu dobrze się więc przygotowało do owej ponoć odwracającej historię konferencji. Na niezależnej.pl z niedzieli na poniedziałek pokazał się materiał dotyczący "smoleńskich kłamstw" oraz reklama poniedziałkowej "Codziennej", i jednoznaczne stwierdzenie tychże dziennikarzy, że  "...generała Błasika nie było w kokpicie".  Sama konferencja została przez dziennikarzy GP , niezależnej.pl i "Codziennej" opanowana i zdominowana. Jednak mimo wszystkich działań przygotowujących, nie stało się nic co mogłoby zmienić podstawowe rozumienie tego co się wydarzyło w kwietniu 2010 roku Smoleńsku.

"Materiał dowodowy (...) nie zawiera opinii jednoznacznie wskazującej na to że pan gen. Błasik przebywał w kokpicie"

Ten cytat według PiS i części dziennikarzy  oznacza, że całość badań komisji Millera należy powtórzyć. Pytam się więc na jakiej podstawie ? Dowiedzieliśmy się bowiem, że generał nie mówił tego co początkowe badania wskazywały. I tylko tyle.  Specjalnie wyboldowałem odpowiednie słowo, które nie spowodowało refleksji wśród zwolenników tzw. niepolskich przyczyn katastrofy. Komisja Milera twierdzi nadal, że są dowody wskazujące na obecność dowódcy Wojsk Lotniczych w kabinie. Jednak nie uważam  tej informacji jak i tych, które twierdziły, że generał coś tam czytał, za informację istotną dla samej katastrofy. Za katastrofę smoleńską odpowiada szereg osób, a generał Błasik jest tylko jedną z nich i nie chodzi o przyczynę bezpośrednią. Odpowiedzialność dowódcy za działania podwładnych jest rzeczą podstawową w każdej instytucji. Nigdy nie wierzyłem w opowieści o bezpośrednich naciskach generała w kabinie tutki ponieważ nic co do tej pory ujawniano na to nie wskazywało. Wina generała jest zupełnie w innym miejscu. Namiętnością polityków różnych opcji  i usłużnych im dziennikarzy jest maglowanie mało znaczących szczegółów a omijanie świadome tego co istotne.

Na szczęście prokuratorzy i ta konferencja to udowadnia, robią swoje tak jak to być robione powinno. Nawet córka pana Wassermana wyraźnie to stwierdziła. Prokurator jest osobą opierającą się na faktach, a nie na domysłach. Prokurator opiera się na świadectwach biegłych, a nie na wpisach  blogowych lub sejmowych ekspertów. Wyraźnie to prokurator zaznaczył gasząc  niezdrowo podnieconą swoją misją panią Anitę Gargas  tymi o to słowy:

"Chciałbym oddzielić wyraźnie kwestie, które pani uważa za udowodnione od tego co  prokuratura uzna za udowodnione."

90% ogólno dostępnych informacji na temat katastrofy w Smoleńsku to efekt "pracy" internetowych ekspertów badających szczątki informacji wydostających się z zamkniętych sal lotniczych komisji i prokuratorskich przecieków. Nie ma tam rzetelności, a wnioski wysnuwane są w zgodzie z własnymi przekonaniami politycznymi. Tak jedna strona jak i druga udowadnia jedynie to, że temat smoleński jest nośny i powoduje sporą oglądalność. Ot cała tajemnica smoleńskiego cyrku w Sieci od dwóch lat. Nie powiem, że to źle tym bardziej iż sam trochę w tym biorę udział prezentując co jakiś czas swoje  w tym temacie przemyślenia. Jednak nie był bym w stanie tak wyraźnie jak to czyni niezależna.pl określić na podstawie dostępnych wycieków , przecieków czy innych szczątkowych informacji, że generała w kokpicie nie było.

 

W sprawie katastrofy smoleńskiej mam swoje dawno ustalone zdanie:

1. lot w ogóle nie powinien się odbyć, a jego zaplanowanie i przeprowadzenie było skrajną niekompetencją osób za to odpowiedzialnych. Tym samym stworzyło zagrożenie dla jego uczestników i doprowadziło do znanych już tragicznych skutków. ( wystarczy spojrzeć na przewidywany czas lądowania w Smoleńsku a godzinę rozpoczęcia się uroczystości by mieć pewność, że presja czasu zabiła tych ludzi)

2. lot jeśli już do niego doprowadzono powinien zostać w porę przerwany i mimo presji czasu oraz ryzyka politycznej wpadki powinien zakończyć się albo w Warszawie albo na lotnisku zapasowym. Warunki pogodowe w czasie lądowania były skrajnie niebezpieczne i każdy pilot linowy miałby obowiązek wycofać się na z góry zaplanowany zapas.

Cała reszta to bicie medialnej piany tak potrzebnej  politykom i dziennikarzom. Razem z córką pana Wassermana czekam na dalsze efekty rzetelnej pracy prokuratorów, bo tylko im  w tej sytuacji można najwyraźniej ufać. Tym samym udowadniają, że decyzja o oddzieleniu instytucji Prokuratury od lepkich łapek polityków była decyzją słuszną. Trudno by było im zarzucić  bycie na usługach rządowej koalicji pragnącej zatuszować własną niekompetencję w tej sprawie. Według mnie istotne w dzisiejszej konferencji prokuratorów były sprawy jakoś przez media przemilczane:

1. "...dysponujemy wiarygodnym materiałem dowodowym w postaci rejestratora parametrów lotu" - tym samym wszelakie spiskowe teorie o ogniu z ogona , brzozy lub jej braku, eksplozji na pokładzie czy też braku prądu mogą być bezproblemowo potwierdzone lub obalone. Po co więc ten cały medialny cyrk wokół ostatnich sekund lotu ? Prosty lans eksperta od wszystkiego Macierewicza ?

2. "Taśma z rejestratora Tu-154M jest w bardzo dobrym stanie" - Często zarzucano iż czarne skrzynki zostały uszkodzone , zniszczone, a kopie sfałszowane. Ni jak się to ma do rzeczywistości a zarzuty jakoby dopiero oryginały są materiałem do pracy wskazują jedynie na totalną ignorancję osób to wypowiadających. Nikt nigdy na oryginałach nie pracuje z prostej przyczyny - takie badanie zlikwidowało by zawartość rejestrator w kilka odsłuchów. Zawsze się bada kopie. Informacja o dobrym stanie czarnych skrzynek uspokaja i jest ważnym oświadczeniem.

... a w sprawie rzetelności dziennikarskiej tak chętnie przez środowisko niezależne i samego Tomasz Sakiewicza podnoszone - na jakiej podstawie rzucony jest na główną tytuł, który ni jak się ma do treści nad którą jest umieszczony. Czy Wam się to coś nie gryzie z dumnym hasłem portalu: "...my informujemy, a oni kłamią"

 


 

 
1 , 2